Pewnego razu... w Hollywood #24

Hollywood jest pełne historii. Tych fikcyjnych oraz tych prawdziwych. Jedne słynniejsze od drugich, lecz każda lubi być przywoływana, opowiadana po raz kolejny - również po to, by o niej nie zapomniano. Tym najtragiczniejszym w skutkach raczej to nie grozi, tym bardziej, jeśli powstały z udziałem najzdolniejszych. Czasem jednak warto zamiast refleksji wybrać dystans i przekonać się o niewyczerpanej mocy satyry czy ironii, by stworzyć hustorię, która przemówi do wielu powielając wątek znany już nam wszystkim. Czy jest to w ogóle możliwe, by na tragedię spojrzeć z innej strony? Otóż pozwólcie, że coś wam opowiem. Pewnego razu... w Hollywood.

Nie rozpędzajmy się jednak i nie wynośmy na piedestały faktów, które szybko będzie można zweryfikować (w ciągu zaledwie 2h40). Najnowszy film Quentina Tarantino wcale nie kręci się wokół zabójstwa Sharon Tate, a Polański nie gra tam kluczowej roli. Jest zaledwie elementem, który do całokształtu dodaje widzowi emocji potrzebych mu na dany moment. Z jednej strony, wszyscy wiemy, co wydarzyło się 9 sierpnia 1969, więc w momencie ujawnienia daty na kinowym ekranie, postać Polańskiego wzbudza u oglądającego współczucie, może nawet poczucie wyższości nad reżyserem (Ja wiem, ty nie.). Z drugiej strony, jego ekstrawaganckie stroje i postawa dość typowa dla znanego reżysera-artysty wprowadzają widza w przedkomediowy stan, czyli coś o co Tarantino na pewno walczył. W tym wszystkim, nie uniżam oczywiście  sukcesu Rafała Zawieruchy, jakim jest zagranie u boku tak wybitnego filmowca.

Wrócmy jednak do filmu.

Obecność znanych nazwisk na plakacie to nie klucz do sukcesu, co najwyżej sposób na szybki zysk. Nie o to w tym chodzi. Tarantino mógłby być niszowym reżyserem, który dopiero co ukończył astańską filmówkę, a Pewnego razu... wciąż byłoby przykładem wybitnej kinematografii i jednym z lepszych filmów tego roku.

Realizacja obrazu, już od pierwszych minut, krzyczy, jest głodna uwagi, którą dostaje i na którą zasługuje. Retrospekcje i ujęcia kojarzone prędzej z filmikami na YouTube czy sitcomem niż hollywoodzką produkcją.

Hołd złożony latom 60., czylu dekadzie, do której wszyscy tęsknimy, a jednak już nie tak wiele z nas chciałoby się w niej znaleźć. Rok 1969, następca rewolucyjnego '68. Hippisi nazywani jeszcze brudasami, papierosy palone jeszcze w kilogramach na osobę. Bunt ściga rewolucję, pokój wojnę. Oddanie beztroskości tych czasów i, jak lubimy to dziś nazywać, ich wolności do najłatwiejszych niezawsze należy. Pewnego razu... nic nie mam jednak do zarzucenia. Jest ta wolność (czy wolność), jest zamknięte w szczegółach Deco Revival, są też mini-spódniczki. Czy potrzeba czegoś więcej? Najlepiej maszyny czasu, ale to już osobiste życzenie...

Fabuła filmu skupiona głównie jest na ukazaniu stopniowego upadku byłej gwiazdy telewizji oraz jego chęci prewencji tego zjawiska. Fakt, że momentami dla części widzów może być nudno. Nie ma tarantinowskich strzelanin i przekleństw. Czy w kontekście dobrego filmu zawsze trzeba jednak mówić o szybkiej akcji i wielkich wybuchach? Czy nie wystarcza napawanie się obrazem i geniuszem tych, którzy stali za tym, co mamy okazję oglądać?

Na koniec jednak mała uwaga. Nie oglądajcie Pewnego razu... bez wcześniejszego zagłębienia się w twórczość i życie Polańskiego. Poczytajcie o morderstwie Sharon Tate. O wiele więcej wówczas wyniesiecie i zrozumiecie z (to się akurat okaże) ostatniego filmu Quentina Tarantino. Czy data premiery, równe 50 lat po tragedii na Cielo Dr, jest przypadkowa - wątpię. Pewnego razu... niekoniecznie musi być ukłonem w kierunku Polańskiego, lecz to chyba nie zbieg okoliczności, że muzyka z ostatniej sceny tak bardzo kojarzyła mi się ze słynnym akompaniamentem do Dziecko Rosemary...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cyrk #31

ARTYKUŁ 4: Dobre dzieła niezbyt dobrych ludzi #32

Słodki koniec dnia #22