Słodki koniec dnia #22

Jak długo jeszcze trzeba będzie udowadniać podatność ludzi na wpływy? Te niemyślące samodzielnie istoty zamknięte w klatce przez wyższych sobie, by (podobno) chronić ich przed złem świata. Z klatki łatwo wyjść, drzwi cały czas otwarte, a przy nich żadnego strażnika. Tylko, że oni lubią tam siedzieć. W tę zamkniętą przestrzeń wpędza ich strach i obawa przed nowym, przed zmianą. Ludzie zrobią wszystko, by mieć stabilny grunt pod nogami. Również i poddadzą się wpływom. Zamkną się w klatce. Utracą swoją wolność. Dobrowolnie. A przecież świat z dala bez ograniczonej przestrzeni jest piękniejszy, a ryzyko dodatkowo przysparza mu uroku. Tylko, kiedy chcesz to tym w środku wytłumaczyć, wszystko obraca się przeciwko tobie...

Słodki koniec dnia to film, który mimo nieskomplikowanego scenariusza porusza istotny temat. Poetka Maria Linde (Krystyna Janda), Polka mieszkająca w Toskanii, prowadzi spokojne, choć bujne życie. Kiedy miasto, w którym zamieszkuje, postanawia wyróżnić ją tytułem honorowej obywatelki, na gali z tej okazji wygłasza kontrowersyjną dla wielu przemowę w przypływie emocji przez narastające we Włoszech ksenofobiczne zachowania spowodowane atakiem terrorystycznym w sercu Rzymu. Z szanowanej przez społeczność Valterry kobiety, staje się obiektem nienawiści oraz adresatką wielu nieprzyjemnych darów od losu. 

Przemowa, która miała nawrócić zamkniętych na środowiska inne niż europejskie konserwatystów, została zrozumiana jako opiewanie aktu zbrodni dokonanego we włoskiej stolicy. Porównanie terrorysty do artysty, na podstawie zamiłowania obojga do śmierci, zostało zinterpretowane jako nazwanie tragedii dziełem sztuki. Czy jest zatem sens nawoływać do miłości tych, którzy za wszelką ceną pragną nienawiści?

Możliwe, że polsko-włoskie zestawienie w filmie Słodki koniec dnia jest nieprzypadkowe. W obu krajach do władzy ostatnio doszły prawicowe ruchy, często odwołujące się do skrajnie nacjonalistycznych, może wręcz faszystowskich, postulatów, gdzie nienawiść jest wartością nadrzędną. Jarosław Kaczyński oraz Matteo Salvini zdolnie wykorzystują wieczną obawę społeczeństwa oraz ich skłonność do obrony idei, która ochrony nie potrzebuje. Zamykają ludziom umysły i serca wraz z granicami państw, w których rządzą. Uciekających przed nieszczęściem zawracają z powrotem na pole walki. Obraz Jacka Borczucha to idealne zobrazowanie hipokryzji oraz nieracjonalnych zachowań tych, którzy na podstawie jednostki oceniają całokształt. I tych, dla których niektóre szczepionki, które miały trwać wiecznie, przestają działać już po 70 latach. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cyrk #31

ARTYKUŁ 4: Dobre dzieła niezbyt dobrych ludzi #32