Twój Vincent #20

Bajkowy obraz świata inspirowany człowiekiem, który miał bardziej pod górkę niż z niej. Jak typowy artysta zresztą. Sama fraza Vincent van Gogh wpisana w popularną wyszukiwarkę internetową odkrywa przed nami fragment wpisu na Wikipedii dotyczący malarza, który głosi: w ciągu swego życia cierpiał na napady lękowe i narastające ataki spowodowane zaburzeniami psychicznymi. Najsmutniejsi twórcami najpiękniejszego. Tak to już jest. Wrażliwość na zło jest skutkiem ubocznym wrażliwości na piękno.

Vincent van Gogh objawia się przed ludźmi XXI wieku jako artysta prawie doskonały. Masowo odkrywany od 2016 przez nastolatków zafascynowanych kolorem żółtym, Skandynawią i zielonymi roślinkami, pijących cold brew wegetarian-okularników-zerówkowiczów (może ktoś kiedyś nazwie ten nurt). Sama przyznaję się do wyznawania ideologii, która towarzyszyła tym ludziom (nam). Zachwycała mnie beztroskość tego może przyszłego nurtu, choć z jednym z ich (naszych) założeń się nie zgadzałam. Sztuka Vincenta van Gogha mnie nie urzekała. Zamiast ekspresjonizmu Holendra, wolałam oddać się w otchłań impresjonizmu Moneta. Podobne, jednak pod prąd wobec tego, z czym się wówczas identyfikowałam - a nawet i do tej pory identyfikuję. Obrazy van Gogha nie poruszały tej części mojego serca odpowiedzialnego za odbiór sztuki. Były, bo były. Musiały minąć 3 lata i półtorej godziny pewnego filmu, by to się zmieniło.

Przed filmem Twój Vincent długo się wzbraniałam. Liczne nagrody coraz bardziej zachęcały mnie do obejrzenia tego kinowego dzieła, jednak owe zamiary wciąż czekały na realizację. Pomocną dłoń przy odhaczeniu zadania na liście do zrobienia okazał pewnego kwietniowego wieczoru Canal+, który akurat emitował film. Czy pozostawało mi co innego, jak otulić się w ciepły kocyk i spędzić pod nim półtorej godziny, podziwiając przy tym wytwór Doroty Kobieli i Hugh Welchmana?

Zaczęło się dobrze, acz nie ukrywam, że dubbing oraz drżące tło doprowadzało mnie do początkowego stadium irytacji. Nie za bardzo też pojmowałam fabułę, która (przecież) dopiero, co się kształtowała. Młody mężczyzna, syn znajomego zmarłego już van Gogha, ma za zadanie przekazać list, który malarz napisał do również nieżyjącego już brata artysty, o czym główny bohater jednak nie wie. Wyrusza w podróż po Holandii, by spełnić, zapewne jedno z ostatnich, marzeń autora Słoneczników, z każdą stacją coraz to bardziej zagłębiając się w sprawę życia i śmierci malarza. Czynność, której podjął się bohater przypomina układanie puzzli pełnych smutku, marzeń, cierpienia oraz farby.

Wydaje się rzeczą oczywistą, że jednak to, co przyciąga do obejrzenia Twój Vincent nie jest fabuła, a sposób zobrazowania scenariusza. Zamiast aktorów czy wykonanych przy użyciu programów graficznych animacji, ręcznie malowane obrazy, kadr po kadrze, inspirowane pracami van Gogha. Koneserzy sztuki będą w stanie rozpoznać m.in. Taras kawiarni w nocy czy Portret Ojca Tanguy. Wszystko jest rzeczywiście dopracowne na ostatni guzik, widać wiele włożonej pracy, wysiłku oraz serca przy każdej jednej scenie. Jakby cyfrowy album twórczości Vincenta van Gogha, który zmienił nawet moje postrzeganie jego sztuki, a wręcz, sprawił, że obecnie w moim rankingu artystów, jest na równi o ile nawet nie przed Monetem. Ciekawe, czy w razie drugiej części, nie wyprzedzi i Hockney'a...





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cyrk #31

ARTYKUŁ 4: Dobre dzieła niezbyt dobrych ludzi #32

Słodki koniec dnia #22