Makbet - spektakl #18
Makbet powstał jako tragedia, ale w obecnej kulturze funkcjonuje też jako niezliczona ilość filmów, skeczy, parodii, książek fabularnych, oper, a przede wszystkim spektakli teatralnych. Wśród nich, mający premierę pod koniec marca bieżącego roku, przedstawienie w radomskim Teatrze Powszechnym im. Jana Kochanowskiego. Publiczność uhonorowała pracujących nad sztuką owacjami na stojąco, tym samym zasłaniając mi widok na scenę. Nie wstałam. Spektakl może i dobry, ale na pewno nie genialny. W najgorszym wypadku, po prostu nie znam się na teatrologii...
Łączenie historii z teraźniejszością nie jest rzeczą nową, w sztuce zwłaszcza. Gdy jednak w pierwszej scenie spektaklu, przed widzami pojawiają się irańscy żołnierze, a następnie przy opowiadaniu tego zamysłu osobom, które radomskiego Makbeta nie widziały komentując przy tym O, tak samo było na Makbecie w Warszawie, zapala ci się czerwona lampka. Czy całość to był jeden wielki plagiat? Oby nie, w końcu to najgorsze, co artysta może zrobić artyście (jeśli wtedy w ogóle można go artystą nazywać).
Uznajmy jednak, że plagiatu nie było - zwykły zbieg okoliczność lub podobieństwo idei. Wyrzucanie zwłok do kontenera na śmieci czy mówienie do publiczności przez kamerkę Go-Pro rzeczywiście pokazywało chęć innowacyjności i wyróżnienia się spośród innych Makbetów, a może i spektakli ogólnie. Król w garniturze, nie XVII-wiecznej szacie, był moim ulubionym fragmentem całości. Scenografia była minimalistyczna, ale nie uboga. Przedstawienie rzeczywiście odskoczyło nieco od tradycyjnych norm sztuk teatralnych, ale nie był to skok za daleki czy za wysoki. Odejście od czasem wręcz barokowego wystroju sceny nie jest jeszcze wyznacznikiem dobrej sztuki, tym bardziej częste błyski fleshy w przyciemnionej sali, co muszę przyznać, wrażenie rzeczywiście robiło. Fabuła spektaklu dużo się nie różniła od tej początkowej, nawet pokuszę się o stwierdzenie, że była prawie taka sama. Makbet pozostał Makbetem.
Wyróżnić się nie jest łatwym zadaniem, ale nie pomoże w tym ponowne odgrzewanie, bardzo już starego, kotleta przyrządzonego przez samego Szekspira. Przedstawienie mnie nie uwiodło, nawet jakoś szczególnie nie zachwyciło. Liczyłam na naprawdę dobrą sztukę, a dostałam nawet nie jestem pewna, czy dobrą sztukę. Szanuję decyzję tych, którzy wstali pod koniec, by okazać swój podziw, lecz mi było dobrze podziwiać plecy osób bijących brawa przede mną na wygodnym, teatralnym fotelu.
Łączenie historii z teraźniejszością nie jest rzeczą nową, w sztuce zwłaszcza. Gdy jednak w pierwszej scenie spektaklu, przed widzami pojawiają się irańscy żołnierze, a następnie przy opowiadaniu tego zamysłu osobom, które radomskiego Makbeta nie widziały komentując przy tym O, tak samo było na Makbecie w Warszawie, zapala ci się czerwona lampka. Czy całość to był jeden wielki plagiat? Oby nie, w końcu to najgorsze, co artysta może zrobić artyście (jeśli wtedy w ogóle można go artystą nazywać).
Uznajmy jednak, że plagiatu nie było - zwykły zbieg okoliczność lub podobieństwo idei. Wyrzucanie zwłok do kontenera na śmieci czy mówienie do publiczności przez kamerkę Go-Pro rzeczywiście pokazywało chęć innowacyjności i wyróżnienia się spośród innych Makbetów, a może i spektakli ogólnie. Król w garniturze, nie XVII-wiecznej szacie, był moim ulubionym fragmentem całości. Scenografia była minimalistyczna, ale nie uboga. Przedstawienie rzeczywiście odskoczyło nieco od tradycyjnych norm sztuk teatralnych, ale nie był to skok za daleki czy za wysoki. Odejście od czasem wręcz barokowego wystroju sceny nie jest jeszcze wyznacznikiem dobrej sztuki, tym bardziej częste błyski fleshy w przyciemnionej sali, co muszę przyznać, wrażenie rzeczywiście robiło. Fabuła spektaklu dużo się nie różniła od tej początkowej, nawet pokuszę się o stwierdzenie, że była prawie taka sama. Makbet pozostał Makbetem.
Wyróżnić się nie jest łatwym zadaniem, ale nie pomoże w tym ponowne odgrzewanie, bardzo już starego, kotleta przyrządzonego przez samego Szekspira. Przedstawienie mnie nie uwiodło, nawet jakoś szczególnie nie zachwyciło. Liczyłam na naprawdę dobrą sztukę, a dostałam nawet nie jestem pewna, czy dobrą sztukę. Szanuję decyzję tych, którzy wstali pod koniec, by okazać swój podziw, lecz mi było dobrze podziwiać plecy osób bijących brawa przede mną na wygodnym, teatralnym fotelu.
Komentarze
Prześlij komentarz