Green Book #10

Na przestrzeni obcowania ze sztuką szeroko pojętą, odkryłam, jak ważny jest w niej uniwersalizm. Gdy artysta poprzez swoje prace opowiada historię, która mogłaby zdarzyć się wielu ludziom w wielu miejscach na Ziemi. Zazwyczaj, odwołują się one do obecnych spraw oraz sytuacji politycznych, gospodarczych czy społecznych. I w momencie, w którym uświadamiasz sobie przesłanie danego utworu, zaczynasz się zastanawiać: czemu jeszcze musiał powstać?

Green Book jest filmem naprawdę świetnym. Utrzymany w przyjaznym dla oka klimacie, pełen satyrycznego humoru, niebanalnych i charakterów i - co najważniejsze - niecodziennej historii. Ale czy powstałby bez wyraźnego sygnału płynącego z politycznego kierunkowskazu świata wyraźnie wskazującego na prawo? Niestety, mimo silnie liberalnych poglądów dużej części, ta sama ilość wybiera powrót do nacjonalistycznych korzeni i wrośnięcia z nimi w ziemię. Trump chce budować mury, rządy byłego bloku komunistycznego nie chcą przyjmować uchodźców. No i kto wie, czy cały ten Brexit nie jest spowodowany napływem imigrantów do Zjednoczonego Królestwa? I pośród tych wszystkich właśnie sytuacji, pojawia się słynna zielona książka, która opowiadając jedną historię, wpasowuje się w nie wszystkie.

Don Shirley (Mahershala Ali) jest światowej sławy muzykiem, o ciemnym kolorze skóry, lecz cenionym przez największe elity różnych środowisk, Mieszka w apartamencie przy Park Avenue, ma prywatnego lokaja, wybitny talent i ogromną inteligencję. Na Północy problemu jeszcze nie ma. Może normalnie żyć, funkcjonować w społeczeństwie. Kłopoty zaczynają się wraz z jego podróżą na Południe, gdzie konserwatyzm wyssysają z mlekiem matki. Te same osoby, które chcą, by grał na ich bankietach, nie pozwalają mu korzystać z własnej toalety. Podziwiają go tylko, gdy uderza w klawisze, potem znowu jest dla nich zwykłym czarnuchem. W tym rejonie, każde wyjście na miasto może skończyć się dla Shirley'a tragedią.

Wobec tego, w historii pojawia się drugi bohater - mężczyzna prowadzący o wiele mniej wystawne życie i błyszczący o wiele mniejszym majątkiem czy nawet intelektem (o wykształceniu już nie wspominając). Pomaga muzykowi w jego podróży, chroni go przed nienawiścią konfederatów. Bo jest biały, więc i szanowany.

Przez cały film czekałam, aż zza krzaka wybiegnie 10 białych szpiczastych czapek i zaatakuje. Czy jest bardziej rozpoznawalny symbol rasizmu niż Ku Klux Klan? Okazuje się jednak, że to nie KKK, a ludzie, zwykli obywatele, potrafią być najpotworniejsi wobec drugiego człowieka. Gardzą jego innością, zamiast ją celebrować, co wydaje się ironicznym mechanizmem w Ameryce lat 60., która tak usilnie pragnęła ucieczki od komunizmu, czyli skrajnej identyczności wszystkich i wszystkiego? A jednak, jak widać, pochlebstwo dla "różnorodności" kończy się, gdy w grę wchodzi czynnik rasowy. I dzieje się tak do dziś. Nie tylko w Stanach, nie tylko w stosunku do czarnoskórych. Nie potrzeba KKK, by okazać nienawiść wobec odmienności innego człowieka. Wystarczą działania człowieka przekonanego o swojej wyższości, dodatkowo podsycane zachowaniami polityków. Nie wpuścimy Meksykanów, nie przyjmiemy Syryjczyków. Długo żyłam w złudnym przekonaniu, że nienawiść skończyła się wraz z przedrostkiem 19- w dacie. Teraz wiem, że pomimo możliwości dogodnego życia dla czarnoskórych zarówno na Północy, jak i Południu, rasizm i ksenofobia w epoce przedrostka 20- wciąż są obecne. A dzieła, takie jak Green Book, są nadzieją na ich zwalczenie.

Dobry film poznaje się poprzez śmiech i płacz. Nie przez sam śmiech, nie przez sam płacz. Dodatkowo, jeśli jest opowieścią o otaczającym nas świecie, a autor wzbogacił go o wizję tego z czym dzisiejsze społeczeństwo się zmaga i przedstawił to w uniwersalnej formie. Green Book dokładnie taki jest. Jest komedią, na której można płakać. I historią, która ma szansę zmienić świat.



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cyrk #31

ARTYKUŁ 4: Dobre dzieła niezbyt dobrych ludzi #32

Słodki koniec dnia #22