FAHRENHEIT 11/9 #6
9.11.2016 lub, jak czytamy to my, feministki, najsmutniejszy dzień drugiego tysiąclecia. Czy to przypadek, że ta otyła pomarańcza zmieniła adres na Biały Dom akurat w datę "odwrotną" do daty zamachu na WTC (11.09.2001 → 9.11.2016)? Może Kongres, ustalając ten dzień na wybory, skazał je tym samym na niepowodzenie? A może jednak żonie byłego prezydenta najbardziej w tym wszystkim rzeczywiście zaszkodziły śmieciowe maile? Połowa (dosłownie) Ameryki płakała, a my zadawaliśmy sobie pytanie - jak do ku*wy to się stało?
Odpowiedź na owe rozważanie znajdziemy w filmie Michaela Moore'a, Fahrenheit 11/9, z którego pochodzi dany cytat. Plan Donalda Trumpa na zostanie prezydentem początkowo służył jako umilacz dnia. Wyobrażenie sobie jego (kaszlnięcie) niekonwencjonalnej osoby na tym stanowisku działało jak 2-godzinne oglądanie kabaretu. Następnie, gdy Republikanie wybrali go na swojego kandydata, świat uznał to za powielanie sprawdzonego żartu, a może i chęć przekonania opinii publicznej, że prawica też umie się śmiać. Hillary zdawała się mieć wygraną w kieszeni, nikt nie przypuszczał, że właściciel sieci hoteli ma realne szanse na wygraną. Fahrenheit pokazuje nasz stopniowy stosunek do tego człowieka - śmiech, zabawa, zirytowanie, strach, oburzenie, smutek. dołek psychiczny. Ilustruje całą kampanię, ale i postawę Trumpa wobec spraw bardzo przyziemnych, np. własnej rodziny (uwaga: wstręt gwarantowany). Ujawnia liczne skandale multimiliardera - oczywiście, głównie seksualne. Moore dociera do osób bliskich (wygasłej) gwieździe MMA i masy ekspertów rozpaczając nad losem, jaki dotknął amerykańską historię.
Jednak reżyser nie pozostawia i suchej nitki na Demokratach. Oczywiście, jak my wszyscy spod lewego skrzydła, wciąż nieszczęśliwie marzy o wygranej Clinton w 2016, ale tłumaczy - po pierwsze - ich godne wzgardzenia zachowania, po drugie - jakie błędy popełnili w kampanii. I wcale nie jest to jakkolwiek związane z pocztą elektroniczną.
Widać, że Moore nie boi się wyzwań. Zarówno życiowych, jak i zawodowych. Fahrenheit w swojej treści posiada kilka scen, gdzie filmowiec bez skrupułów obrzuca dom gubernatora stanu papierem toaletowym lub karze wypić republikańskiemu dyplomacie szklankę wody z szmaba. Co jeszcze do mnie przemawia w twórczości Moore'a to zdecydowanie humor. Wszechobecny i bezprecedensowy, wręcz czarny. Jego porównania Trumpa do Hitlera sprawiły, że dusiłam się ze śmiechu, a sarkastyczne komentarze doprowadzały widownię do łez (no dobra, nie wiem, czy widownię, ale mnie na pewno). To humor Moore'a był bodźcem, który zachęcił mnie do obejrzenia innych jego filmów.
Tytuł Fahrenheit 11/9 symbolizuje piekło, jakie Trump wyrządza w Waszyngtonie i liczbę punktów, którą przyznaję temu filmowi - czyli 11/9.
Odpowiedź na owe rozważanie znajdziemy w filmie Michaela Moore'a, Fahrenheit 11/9, z którego pochodzi dany cytat. Plan Donalda Trumpa na zostanie prezydentem początkowo służył jako umilacz dnia. Wyobrażenie sobie jego (kaszlnięcie) niekonwencjonalnej osoby na tym stanowisku działało jak 2-godzinne oglądanie kabaretu. Następnie, gdy Republikanie wybrali go na swojego kandydata, świat uznał to za powielanie sprawdzonego żartu, a może i chęć przekonania opinii publicznej, że prawica też umie się śmiać. Hillary zdawała się mieć wygraną w kieszeni, nikt nie przypuszczał, że właściciel sieci hoteli ma realne szanse na wygraną. Fahrenheit pokazuje nasz stopniowy stosunek do tego człowieka - śmiech, zabawa, zirytowanie, strach, oburzenie, smutek. dołek psychiczny. Ilustruje całą kampanię, ale i postawę Trumpa wobec spraw bardzo przyziemnych, np. własnej rodziny (uwaga: wstręt gwarantowany). Ujawnia liczne skandale multimiliardera - oczywiście, głównie seksualne. Moore dociera do osób bliskich (wygasłej) gwieździe MMA i masy ekspertów rozpaczając nad losem, jaki dotknął amerykańską historię.
Jednak reżyser nie pozostawia i suchej nitki na Demokratach. Oczywiście, jak my wszyscy spod lewego skrzydła, wciąż nieszczęśliwie marzy o wygranej Clinton w 2016, ale tłumaczy - po pierwsze - ich godne wzgardzenia zachowania, po drugie - jakie błędy popełnili w kampanii. I wcale nie jest to jakkolwiek związane z pocztą elektroniczną.
Widać, że Moore nie boi się wyzwań. Zarówno życiowych, jak i zawodowych. Fahrenheit w swojej treści posiada kilka scen, gdzie filmowiec bez skrupułów obrzuca dom gubernatora stanu papierem toaletowym lub karze wypić republikańskiemu dyplomacie szklankę wody z szmaba. Co jeszcze do mnie przemawia w twórczości Moore'a to zdecydowanie humor. Wszechobecny i bezprecedensowy, wręcz czarny. Jego porównania Trumpa do Hitlera sprawiły, że dusiłam się ze śmiechu, a sarkastyczne komentarze doprowadzały widownię do łez (no dobra, nie wiem, czy widownię, ale mnie na pewno). To humor Moore'a był bodźcem, który zachęcił mnie do obejrzenia innych jego filmów.
Tytuł Fahrenheit 11/9 symbolizuje piekło, jakie Trump wyrządza w Waszyngtonie i liczbę punktów, którą przyznaję temu filmowi - czyli 11/9.

Komentarze
Prześlij komentarz